Tunezja, dzień 9
Monastir -> Sousse, ok. 30 km, 130 m up + Tunis -> La Goulette 26 km, 50 m up
Uwolnić Łogeła! Uwolnić Łodełyka! Błajana?
Meldujemy się wcześnie rano na śniadaniu, już wyszpejowani do wyjazdu, i szybko ruszamy w kierunku Ribatu, który ma być główną atrakcją dnia. No i jest. Kris prześciga się z Miszą w odgrywaniu scenek z filmu, jedynie scenka „Romans go home!” kończy się wykrzyczeniem tego na dziedzińcu, bez konieczności malowania napisów sto razy bez błędu…
Pamiątkowe foty i ruszamy do Soussy, gdzie czeka na nas pociąg do Tunisu. Bo dziś odpływamy z Tunezji i rano będziemy już na Sycylii. Gdzie cywilizacja, espresso, wino, pizza…
Najpierw trzeba tam dotrzeć. Droga do Soussy schodzi nam szybciutko, jest ciepło, słonecznie, prawie bez wiatru, aż samo się jedzie. Wbijamy do miasta, ślad prowadzi nas pod dworzec kolejowy. Najpierw kupimy bilety, a potem się zobaczy. No więc… nie. Nie kupimy.
Gdy wreszcie udaje się nam dogadać (no kto by pomyślał, że w informacji na dworcu w mieście jakby turystycznym będzie potrzebna znajomość języka angielskiego??!!) okazuje się, że możemy kupić bilety, gdy wrócimy za 1,5h. Wtedy dowiemy się, czy… W OGÓLE POCIĄG PRZYJEDZIE. No tak bo mamy ramadan, a pociągi w ramadan bywają głodne i nie jeżdżą. No dobra, przesadzamy z tym „głodne”, ale że faktycznie nie jeżdżą potwierdza również kasjerka. Ooookeeeej… załóżmy, że kupimy te bilety, za półtorej godziny, a gdy pociąg przyjedzie mniej więcej za trzy… to dowiemy się, czy zabierze nas z rowerami. Jest 11, załóżmy, że wszystko się uda, więc o 14 ruszymy do Tunisu, a potem jeszcze trzeba na prom dojechać, bo właśnie dostaliśmy sms-y, że mamy się tam zameldować o 16…
Bez paniki. Naprawdę – cholera jasna – bez paniki…
Następne pół godziny schodzi nam na szukaniu autobusu (bo są takowe, podobno ktoś je widział).. a gdy już meldujemy się na dworcu tunezyjskiego pekaesu… odcinek nr 2 pod tytułem: „English? Can anyone here speak in English?” rozpoczyna się na nowo. W końcu zrezygnowani ruszamy na poszukiwanie jakiegoś odważnego kierowcy busika, który zawiezie nas do Tunisu.
Operacja kończy się powodzeniem. Co prawda upychamy się rowerami na maksa wewnątrz autka, ale najważniejsze, że jedziemy. Tuż przed wyruszeniem kierowca stwierdza, że zajmie nam to 4h… okej, niespecjalnie nam się to spina. W końcu to tylko jakieś 140 km, głównie autostradą, jest sobota, ramadan, co może pójść nie tak? Anyway, ruszamy!
Do Soussy jechaliśmy tak:
Damian jest szczęśliwy. Kris i Misza niekoniecznie, bo śledząc trasę na google maps okazuje się, ze auto jedzie w przeciwną stronę, niż powinno. Do tego nasz kierowca, jak przystało na wyczillowanego Tunezyjczyka, prowadzi, jedną ręką trzymając kierownicę i papierosa, a w drugiej cały czas ściska komórkę, coś tam stale ustalając z kolejnymi rozmówcami.
Zanim zrobi się nerwowo wśród nas… wyjaśnia się zmiana kierunku. Zatrzymujemy się gdzieś na przedmieściach, kierowca znika w jakimś domu (nie gasząc silnika) po czym wraca z… kołem zapasowym. WOW! Bajka! Szanujemy! Pomyślał na wszelki wypadek (tfu, tfu, wyplujmy to słowo)!
Ruszamy w końcu do Tunisu. Wbijamy na autostradę… ufff… zaczynamy się przyzwyczajać do odpalanego raz za razem papierosa… gdy nagle auto zjeżdża z drogi szybkiego ruchu (może korek na drodze… kierowca się dowiedział i jest taki rozsądny…???). Manewr z wjazdem na autostradę, zjazdem z niej, znowu wjazdem itd… powtórzymy do końca podróży jeszcze kilka razy. Czemu? Mamy pewne podejrzenia, ale… nie uprzedzajmy faktów.
Mijają kolejne kilometry, kolejne zjazdy i wjazdy na autostradę, jakiś przymusowy postój w nieznanym mieście, bo kierowcy… skończyły się papierosy… i gdy już myślimy, że to koniec atrakcji… okazuje się, że niekoniecznie. Cóż, żeby to nie zabrzmiało jak panika… jechaliście kiedyś pod prąd na autostradzie? Nie? No a my tak…
Całe zdarzenie zaczyna się jakoś tak niewinnie. Nasz kierowca dostaje „cynk” (tak uważamy teraz) via telefon i zjeżdża z autostrady. Wbijamy do miasteczka – jednego z wielu bezsensownie odwiedzonych przez nas miejsc tego dnia – a potem znowu zawracamy w kierunku drogi szybkiego ruchu. Wjeżdżamy nań, pokonujemy jakieś 2 km, po czym kierowca daje po hamulcach, zawraca (na trzy razy) i wracamy pod prąd w kierunku wjazdu. Okazuje się, że koniecznie trzeba było zagadać do stojącego przy tym wjeździe kolesia. Panowie: koleś i kierowca coś do siebie przekrzykują, w końcu… znowu zawracamy i tym razem już we właściwym kierunku ruszamy w kierunku Tunisu. Ufff…
Wg naszych map nie da się już z tej autostrady zjechać, więc pewnie w końcu dojedziemy. Na tym odcinku wyjaśnia się – jesteśmy prawie pewni naszej diagnozy – ta bezsensowna jazda naszego kierowcy. Otóż w pewnym momencie na autostradzie widać z daleka migające światła patrolu policyjnego. Nasz kierowca naciąga kaptur i jakoś tak dziwnie kurczy się za kierownicą. Czyżby był poszukiwany?
Im bliżej Tunisu, tym częstsze pytania od naszego drivera „gdzie chcecie wysiąść?” Po czwartej odpowiedzi że tu-i-tu… Kris stwierdza: zatrzymaj się za 200 metrów, na tym niby parkingu. Auto dostaje po hamulcach, stajemy na poboczu, a Kris z Miszą całują ziemię jak nie przymierzając jeden papież… Przeżyliśmy!
Szybko tyczymy trasę do Tunisu (bo jesteśmy na opłotkach), w medynie może zrobi się brakujące zakupy i coś zje… ruszamy, a to, że początek wycieczki zaczyna się na autostradzie zupełnie nie ma znaczenia. Na rowerach jesteśmy panami świata, Tunis blisko, do promu niespecjalnie daleko, co może pójść nie tak?
Robimy brakujące zakupy. Udaje nam się nawet znaleźć knajpkę, gdzie można kupić i zjeść całkiem niezłe kanapki (tylko „prosimy, usiądźcie na piętrze, gdzie nie będzie was widać z ulicy” życzy sobie obsługa baru – wiecie – ramadan, miło widzieć, że nie tylko w Polsce pewne rzeczy są na pokaz), obok zamkniętej amerykańskiej ambasady przemykamy w kierunku portu i tuż przed 16 meldujemy się przed stanowiskiem odpraw.
Terminal jest przeogromny. Miejsc całkiem sporo, a przy stanowisku odpraw nie ma żadnej kolejki. Może coś w końcu pójdzie jak trzeba? No nie.
Stanowisko jest nieczynne. Miało zostać otwarte o 16 (bo taką informację dostaliśmy w sms), ostatecznie otwiera się przed 21, gdy już Tunezyjczycy skończą swój tradycyjny ramadanowy posiłek. Że my w tym czasie tkwimy coraz bardziej zapełniającym się ludźmi terminalu, to nic takiego. Niestety gorzej, że prawie każdy w tym pomieszczeniu pali papierosy. Żartujemy, choć wg naszej obserwacji to najprawdziwsza prawda, że jednym miejscem wolnym od dymu papierosowego jest wydzielone pomieszczenie dla palaczy, do którego nikt nie wchodzi.
To jest bardzo długie i bardzo złe popołudnie. Przechodzące w jeszcze dłuższy i bardziej zły wieczór. Gdy wreszcie statek wpływa do portu i cumuje przy nadbrzeżu nawet nie próbujemy być uprzejmi: byleby tylko zniknąć wreszcie z siwej od dymu papierosowego hali terminalu. Przebojów, bo przecież nie mogło być inaczej, z rozpakowywaniem i pakowaniem, skanowaniem rowerów, bagaży, wszystkiego po dwa razy Wam oszczędzimy. Gdy wreszcie meldujemy się na statku… nasza kabina nie działa. Znaczy się – została zamknięta i musimy oczekiwać na przyznanie nowej. Gdy w końcu się w niej instalujemy… choć coś się tego dnia udaje: dostajemy większą kabinę, niż pierwotnie mieliśmy. Kąpiel, piwko, kolacja, piwko i spanie. A niektórzy bardzo późno to spanie. Uff…
Trasa po Tunisie… choć w sumie to raczej nie polecamy…