Tunezja, dzień 8
Kairouan -> Monastir, ok. 80 km, 312 m up.
Ranek w Kairouan jest zdecydowanie ciekawszy, niż cały poprzedni dzień. Przede wszystkim… NIE PADA DESZCZ, więc po krótkiej naradzie i mizernym śniadaniu decydujemy się zmienić lekko trasę i jechać bez zaliczania odcinka offroadu. Wiemy z poprzednich dni, że afrykańskie błocko jeńców nie bierze (dowie się o tym też właściciel naszego noclegu, bo niespecjalnie było czym posprzątać miejsce, które opuszczaliśmy jakoś tak bez żalu). Zatem… jedziemy asfaltem, a skoro tak, to możemy się pokręcić po Medinie w Kairouan, a nawet zajrzeć do tamtejszego Wielkiego Meczetu… nie, wcale nie zakładamy, że ktoś nam powie: good morning, infidels, you will not enter… i faktycznie, wchodzimy, choć bez rowerów, więc trochę na zmiany, by pilnować na wszelki wypadek naszego dobytku. Meczet robi wrażenie, jest przeogromny, a na dodatek… zupełnie pusty. Spędzamy tam sporo czasu, choć gdyby to nie było na głodniaka, to pewnie posiedzielibyśmy tam dłużej.
Po wyjściu z meczetu włóczymy się jeszcze dobrą godzinę po mieście. Uliczki i place są praktycznie puste (zupełnie inaczej, niż poprzedniego wieczora, mimo, iż wówczas padało), więc nic nie stoi na przeszkodzie, by trochę sobie po Kairouan pojeździć. Nieliczne kramy i sklepy dopiero się otwierają, klientów jak na lekarstwo… jedyne towarzystwo bezwstydnie łamiące nakazy ramadanu to liczne koty, dojadające resztki ludzkich kolacji z poprzedniego wieczora.
Nie. Nie jesteśmy aż tak zdesperowani…
W drogę, do Monastiru.
Droga… upływa nam baaaaaaardzo szybko. Jest w sumie jakby płasko, (choć niby pod górkę przez pierwsze 40 km), jakby z wiatrem… jedziemy specjalnie nie marudząc po drodze. No dobra, raz nam się zdarza: zjeżdżamy na stację Shella, która nagle wyłania się przy trasie. Kusi nas baner Shell Cafē… tja… ależ z nas durne Europejczyki, żeby tak się łudzić??!!
Przed samym Monastirem droga robi się prosta jak jakiś mazowiecko – kujawski szlak. 10 km jak w pysk strzelił… nudnej, płaskiej drogi, na końcu której, tuż przed docelowym miastem spotyka nas nieoczekiwana radość. W końcu natykamy się na stado flamingów. Stoją na tych swoich pojedynczych nóżkach pośrodku ogromnych, i zdaje się zupełnie płytkich zbiorników wodnych zupełnie lekceważąc oznaki cywilizacji dookoła. Miejsce, z którego je zauważamy nie jest zbyt szczęśliwe, jeśli chodzi o zatrzymanie się na foty, ale… tylko wtedy, jeśli jedziesz samochodem. Rower daje tę przewagę, że można stanąć prawie wszędzie i focić do woli. Kris jest zachwycony, bo obiektyw, który tyle dni wiózł w sakwie w końcu się przydaje…
Wbijamy do Monastiru. Na początek bezpośrednio pod nocleg, by upewnić się, że tym razem TU to na pewno TU. Okazuje się, że i owszem (co cywilizacja potrafi zrobić z ludzi??!!!), a nawet jest właścicielka, przemiła Zeineb, która… prosi, byśmy dali jej jeszcze pół godziny. Spoko… wracamy do mariny, przez którą przejeżdżaliśmy właśnie i… zobaczcie sami #wzruszenieDamiana
Można wypić kawę. Można zamówić obiad. Można… no dobra, kelner przeprasza, że menu jest okrojone przez ramadan… ale kurde JEST!! Jemy. Pijemy kawę. Jemy. Karmimy koty. Pijemy kawę. Borze, co za piękny dzień…
Mija więcej niż obiecane pół godzinki… w końcu syci i opici (kawą lub sokiem, co kto może lub lubi) wracamy na nocleg, mając już plan na resztę tego niezwykle pięknie zapowiadającego się dnia. Zostawiamy bambetle, bierzemy rowery na lekko i jedziemy zwiedzić miasto. Kupić coś na śniadanie następnego dnia, może coś na wieczór…
Monastir jest piękny. Ma też punkt obowiązkowy do odwiedzenia: Ribat, gdzie kręcono m.in. kultowe sceny z Żywotu Briana (nawet jest w planach odegrać scenę „Uwolnić Briana„)… niestety gdy spędzaliśmy czas na napychaniu pustych żołądków zabytek zdążył się zamknąć (pamiętacie? Ramadan, czynne do 15…). Szybko liczymy nasze możliwości czasowe… da się tam wejść na zwiedzanie wcześnie rano w sobotę. Plany na nią są niespecjalnie wymagające (oh, ależ nam się wtenczas wydawało to logiczne), więc damy radę. Kręcimy się jeszcze po Medinie, ale rezygnujemy z szukania pamiątek z wycieczki, bo ponoć Medina w Susie, gdzie będziemy z mnóstwem czasu następnego dnia jest jeszcze ładniejsza. Z perspektywy wydarzeń sobotnich powinniśmy coś tu napisać, ale… nie uprzedzajmy faktów…
Włóczęgę po mieście kończymy na cyplu, w promieniach zachodzącego słońca, a potem dzielnie zmierzamy do naszej knajpki w marinie, gdzie okazuje się, że na spokojnie rano można sobie… zamówić śniadanie. No taka niespodzianka na koniec dnia i wyjazdu? Okej, z tym drugim to może jednak nie przesadzajmy.
A jechaliśmy tego dnia tak…