Tunezja, dzień 10

Palermo -> Palermo, ok. 25 km, jakieś 100 m up.

No tak… w tytule Tunezja, ale ostatni dzień to powrót na Sycylię. Wchodzimy do portu wczesnym rankiem, szybko udaje nam się ze statku wydostać, nasza hacjenda, gdzie czekają walizki jest blisko portu, ale skoro jesteśmy w cywilizacji, jakby wyspani (w końcu cały prawie rejs przespaliśmy) to warto zacząć od czegoś normalnego. Śniadanko? Kawka? Prosecco? Och, jakżeby nie!??

Mamy w Palermo cały dzień do zagospodarowania. Tym razem jednak nie wybieramy się na wycieczkę poza miasto, tylko zamierzamy pokręcić się po centrum, pojechać na plażę i w ogóle nacieszyć się normalnością naszego świata. Więc ze śniadaniem się nie śpieszymy, z jazdą po mieście – podobnie. Jest ciepło, przyjemnie, prawie nie wieje, słońce pięknie świeci… espresso smakuje wybornie… normalnie inny świat.

Plaża, zabytkowe centrum, mnóstwo turystów, lody, pizza, wino, kawka, dolce far niente.. po prostu Italia. Zdecydowanie trzeba będzie tu wrócić na rowerową wyrypkę (bo płasko to jest tylko w Palermo), pewnie właśnie jakoś tak w podobnym terminie, bo gdy zrobi się upalnie, to już niespecjalnie będzie radocha z jazdy. 

Stolica Sycylii zachwyca niezwykłym bogactwem zabytków, w których widać wpływy arabskie, normańskie i barokowe. Katedra, Palazzo del Normanni, Kaplica Palatyńska… niestety tylko z zewnątrz, choć obiecujemy sobie, że następnym razem to już na pewno. Quattro Canti, barokowy plac na skrzyżowaniu głównych ulic starego miasta oraz pobliski Plac Pretoria robią niesamowite wrażenie zarówno w dzień, jak i w nocy, w sztucznym świetle miasta. 

Na to wszystko nakłada się wielotysięczny, wielokulturowy tłum turystów…

Piękny dzień, wyborny wieczór. A potem rozbrajanie rowerów, pakowanko, wieczorne winko i… wracamy. Czas planować kolejny wypad…