Dzień 4, czyli z Grecji do Bułgarii

Komotini -> Kardżali, 75 km, ok. 1100 m up

Jak zmiana, to zmiana. Było miło, łatwo, właściwie nawet ciepło i przyjemnie, to będzie od teraz inaczej. Ten plan, by zaliczyć kilka krajów w czasie jednej wycieczki wydawał się zacny, gdy kreśliliśmy go sobie gdzieś tam w wielkopolskich nocnych Polaków rozmowach. Ale na żywca, gdy we wtorek rano obudził nas w Komotini deszcz nawalający o markizy… jakoś nam zrzedły miny. Tego chyba najbardziej żałowaliśmy… mamy jechać w góry, a tu taka pogoda? Zanim jednak zjedliśmy śniadanie, opady jakby ustały, więc po dziewiątej ruszamy wyszpejeni coś tak jakby pomiędzy. Kurtki i spodnie w sakwach, jedyne, co przeciwdeszczowego mam na sobie, to ochraniacze na butach.

Z Komotini do Bułgarii prowadzi kilka dróg, w tym dość popularna, acz nieukończona jeszcze trasa taka jakby szybkiego ruchu, którą na szczęście… nie pojedziemy. Za to pojedziemy bokami, przez wioski, w których tradycyjnie psy będą próbowały sprawdzić, czy mamy odpowiednią motywację.

Mamy, mimo prognoz pogodowych jest nieźle. Szosa przesycha, i choć wieje paskudnie – oczywiście że w twarz, czego się spodziewaliśmy ?!! – ale póki co zaczynamy podjazd i wijąca się serpentynami droga w znacznym stopniu ukrywa nas przed porywami wiatru. Tak właściwie można by rzec, że wręcz ratuje nas swoją łaskawością tak bardzo, że gdy do szczytu zostaje niespełna 4 km, wyjeżdżamy dopiero na grań, skąd dmie tak ostro, że jak niepyszni ubieramy co się da na siebie. Tzn. prawie ubieramy, bo tylko wściekle wieje, ale jeszcze nie pada.

Ruszamy w stronę przełęczy i tam wreszcie dopada nas to, co serwisy pogodowe wieszczyły od poprzedniego wieczora, a my obserwowaliśmy jadąc znad morza w kierunku noclegu. Deszcz. Ktoś włącza deszcz. Nie kapu-kap, nie jakieś tam przelotne coś, tylko SRU. Ściana deszczu. Kilkaset metrów już naprawdę niedużego podjazdu, ku zabudowaniom technicznym budowniczych wspomnianej wcześniej drogi szybkiego ruchu i nagle jesteśmy mokrzy tak, że właściwie zastanawiamy się, czy warto się ubierać w resztę przeciwdeszczowej odzieży. Warto. Bo te dwa kilometry do przełęczy, w zlewie, w temperaturze około 2 stopni od razu dają się nam w kość. Zjeżdżamy na granicę, ha, nawet jadący cały czas dotąd na krótko Misza jest ubrany po całości. Musi być zimno. Chwila rozruszania mięśni, założenia czegoś na zgrabiale ręce i zjeżdżamy do Bułgarii, na pobliską stację benzynową.

Leje tak, że szukamy możliwości transportu do Kardżali. Niby to tylko 70 km, ale nie uśmiecha się nam jechać w takiej zlewie. Ostatecznie jednak nie ma wyboru – transportu nie ma, na zewnątrz jakby mniej siąpi, więc po krótkiej naradzie zmieniamy trasę i lecimy w dół (praktycznie wyłącznie) na lokum. Dystans się skraca, większość nowego prowadzi nas wzdłuż głównej drogi, ale chrzanić to – jest dość szerokie pobocze, więc powinno się udać. Przestaje padać, gdy wjeżdżamy do Kardżali. Hotel, kąpiel, turecka knajpka z kolacją. Koty i nadzieja na jutro, bo kolejny ma być epicki. Pogodo, liczymy na ciebie…

A jechaliśmy tego dnia mniej więcej (po aktualizacji śladu, ale jakby ktoś reflektował na oryginał, to też mamy)… tak 🙂