
Dzień 5 (Rodopy, czyli Bułgaria na pełnej… mocy)
Kardżali -> Leska, ok. 81 km, 2300 m up
„Pogodo, liczymy na ciebie…” tak zakończyła się relacja poprzedniego dnia. A sam dzień zakończył się szumem suszarek hotelowych, odgłosem kapiącej wody z mokrych ubrań i rozkręconej na maksa klimatyzacji, próbującej wyciągnąć z pokojowego powietrza nadmiar wilgoci. I… ofkors nerwowym scrollowaniem ekranów w smartfonach, czy aby na pewno jutro będzie ładne…
Kris:
Miałem pokój od wschodu. Rankiem więc, naprawdę wczesnym rankiem obudziło mnie… słońce. Przebijające się zupełnie bez opamiętania przez lekko niedosunięte rolety. SŁOŃCE! Niebieskie niebo i słońce. Jeszcze tylko jeden mały szczegół… sprint do łazienki, a tam… buty suche! Ha! HA!
Jest całkiem ciepło. Na tyle, że można zapomnieć o wczorajszych 2 stopniach Celsiusa. Można nawet – i nie trzeba być do tego Miszą – wyjść na zewnątrz w krótkim rękawku. Idziemy – przynajmniej część ekipy – na śniadanie do knajpki, bo zestawy hotelowe niespecjalnie nam odpowiadają. Trafiamy do tureckiego lokum, gdzie… no cóż, potrawa może nie wygląda zbyt apetycznie, ale smakuje już całkiem nieźle. Mamy zdjęcia, ale… oszczędzimy Wam. Kwestia jedzenia zresztą okaże się w Bułgarii dość znamienną… nie przyspieszajmy jednak opowieści. Czeka nas wszak cały dzień w Rodopach. I najbardziej widowiskowy odcinek trasy ponoć…
Szpeimy rowery i krótko po dziesiątej ruszamy w trasę.
Kardżali, jako miasto wygląda na całkiem duże… jednak od strony gór kończy się po kilkunastu minutach kręcenia pedałami. Przystajemy jeszcze przed jakimś lokalnym sklepikiem, gdzie uzupełniamy napoje, po czym odprowadzani wzrokiem przysklepowych przesiadywaczy oraz pomrukiwaniem watahy psów ruszamy. Od razu na jeden z pierwszych, wypikanych przez garminy podjazdów, na którym ekipa rozpada się na jednostki różnych prędkości. Co stanie się przeważającą ideą najbliższych dni.
Gdzieś na krawędzi wioski Dajdovnitsa nadchodzi chwila na pierwsze zbiorowe foty i potem zaraz przy źródełku korzystamy z okazji, by coś tam sobie przekąsić. Generalnie dzień zapowiada się słabo, jeśli chodzi o kwestie kulinarne tak po drodze, jak i na mecie dzisiejszej trasy, więc Kris ogarnia z właścicielką naszego lokum przygotowanie posiłku na wieczór i śniadanie kolejnego dnia. Ruszamy, bo niby daleko nie jest, jakieś 70 km zostało, ale do południa już blisko, a kto wie, co nas czeka?
Piękna pogoda, widoki absolutnie zjawiskowe. Nawet, gdy zjeżdżamy z szutru na leśną drogę, na której pod warstwą igliwia czai się błoto… nie tracimy rezonu. Dojeżdżamy do mostu linowego nad rzeką Arda… i tu zaczyna się zabawa. Gdy tyczyliśmy trasę, nie było teoretycznie problemu z tym odcinkiem, nawet na street view widać zdjęcie roweru na środku mostu. No i faktycznie, da się tam z rowerem dojechać i wyjechać. Wcześniej jednak niosąc rower po obu stronach rzeki w bezpośredniej bliskości wjazdu i wyjazdu. Zwłaszcza wyjście w kierunku wsi Suhovo jest dość wymagające: stromo, a w czasie deszczu też ślisko… wyszpejone rowery ciążą z każdym metrem. Nawet Damian zsiadł i prowadzi/niesie jak wszyscy.
No ale widoki wynagradzają wszystko.
Gdzieś po koniec wsi Kitnitsa przystajemy w małej knajpce – tak jest tu knajpka i po stojących na stołach talerzach widać, że odwiedzana – gdzie… jest tylko czas na małą kawę. Bardzo kurczy nam się czas, i choć do mety odcinka nie zostało już dużo km, to czeka nas jeszcze jeden spory podjazd. Podjazd im. Wielkiej Niewiadomej, bo na mapach niby pozwalało poprowadzić tam trasę, nawet Mariusz mówił, że jest tam chyba szlak mtb… ale jak będzie – nie wiadomo. Szybko okazuje się, że jest paskudnie. Gdyby to jechać w przeciwną stronę… byłoby łatwiej. Zdecydowanie łatwiej byłoby, gdyby to jechać nie bezpośrednio po deszczu. Zwłaszcza takim, jakim była zlewa, którą doświadczyliśmy – i te okolice też – poprzedniego dnia. Osiem kilometrów wypychu robi swoje… zanim przebijemy się na drugą stronę zbocza, słońce ostentacyjnie uznaje, że dzień należy zakończyć i zanim dojedziemy (a raczej doje/sprowadzimy) rowerami do wsi Galabovo ubieramy co kto ma na siebie, bo jak to mawiają Hipki: „ciepło już było”.
Do wsi Leska, gdzie czeka na nas nocleg wbijamy już na lampkach. Jakieś 2h po zapowiedzianym czasie przyjazdu, w temperaturze około 4 stopni. No jesteśmy w górach, to czego się spodziewaliśmy?
Jeszcze tylko napalić w kominku, naprawić odpływ w łazience, odgrzać zimną kolację i można podsumować dzień…
A jechaliśmy tak tego dnia…