
Dzień 2 i 3 czyli Grecja i Grecja…
Nea Vrasna -> Kavala - > Komotini, 93 km, 500 m up -> 107 km, 350 m up
Nie będę się specjalnie rozdrabniał i napiszę wprost, że dwa kolejne dni to trasa łatwa i przyjemna, bo prowadząca wzdłuż wybrzeża w kierunku Komotini. W niedzielny poranek z Nea Vrasna ruszamy najpierw do Kavali (gdzie mamy nocleg) po drodze zaliczając jedne z ładniejszych szutrowych nadbrzeżnych dróg, jakie były dostępne… Trasa co prawda pierwotnie prowadzi asfaltem, ale uznajemy, że tak długo pojedziemy offem, jak tylko się da i nie żałujemy. Dobre drogi, o mieszanej, bo czasami szutrowej, a czasami gruntowej (ale porządnie ubitej… nawet po upalnym lecie raczej nie powinno być problemów z jazdą nimi) nawierzchni. Miały jedną wadę. Co chwilę stawaliśmy na foty…
Bo widoczki na liczne zatoczki wcinającego się w ląd morza stanowiły niesamowitą atrakcję. Kilkanaście stopni, niezbyt silny wiatr sprzyjały jeździe, aż się dziwiłem, chłopaki, które wiozły w sakwach kąpielówki nie zdecydowali się na kąpiel. Kilometry powoli znikały, przewyższeń jak na lekarstwo, jedyne, do czego można się przyczepić to nadmiar psów. Tych dzikich i tych teoretycznie udomowionych, bo nie dość, że latały wszędzie, to jeszcze goniły rowerzystów jak porąbane. W ubiegłym roku co prawda mieliśmy na nie sposób (czyt. Szybkiego Damiana, który zaczynał im uciekać, one zaczynały go gonić, więc on uciekał bardziej, a psy goniły go jeszcze szybciej i gdy w końcu do nich dojeżdżaliśmy, to nie miały nawet siły hauczeć na nas), ale tym roku nasz sposób nie wykazywał takiego zaangażowania jak w Tunezji. Jako osoba, która za psami nie przepada, a dużych to się boi (a one skubane oczywiście od razu to wyczują) tylko podkręciłem w sobie tę niechęć. ¯\_(ツ)_/¯
Jeśli wybierzecie się na podobną trasę wzdłuż greckiego wybrzeża głęboko przed sezonem, to nastawcie się jedynie, że tak z 90% knajpek, które na google maps widać jako „dostępne i otwarte w tej chwili” będzie zamknięte. Dobra, dystans dnia nie był jakiś halo, przewyższenia też takie jakby wielkopolskie, więc o co ta drama? Bo dobrej kawy, na wyjeździe, w ładnych okolicznościach przyrody to żal się nie napić… Na szczęście nauczeni tunezyjską mizerią w tej kwestii, pełni tych wzorców kulturowe rodem z pierwszego świata mieliśmy ze sobą stosowne urządzenie. I był czas, by machnąć sobie espresso w urokliwym zakątku…
Kavala przywitała nas ładnym zachodem słońca, sporą ilością turystów (których jakoś na trasie po drodze specjalnie widać nie było) i paroma zabytkami, które, jak to chyba w tej części Grecji norma – niespecjalnie robią wrażenie. Tracja to nie Italia, a ichnie „stare miasto”, „twierdza”, „akwedukt” może i mają swój urok, ale na piszącym te słowa nie wywołały zachwytów. Niemniej wino i żarcie było zacne, nocleg w wynajętym mieszkaniu też spoko. W pobliskim sklepie nabyliśmy sporo śniadaniowych produktów, więc kolejny dzień, tym razem z ostatnią trasą po płaskim też miał być miły i przyjemny.
Był. Ale jakby mniej. A to za sprawą wyjazdu z Kavali – fakt, że szerokiej i bezpiecznej, ale jednak dość ruchliwej drogi, a to za sprawą mało jednak urozmaiconego krajobrazu. Tzn. krajobraz owszem, był ciekawy, ale nie szło za bardzo w niego wjechać. Park Narodowy Delty Nestos (jeszcze do niego wrócimy), który zaczyna się kawałek za terenami przemysłowymi miasta, w którym spędziliśmy noc powoduje, że droga, którą jedziemy oddala się od wybrzeża. Zjechać z niej nad morze nie sposób, bo przez rzekę Nestos nie ma przeprawy, a musimy dostać się na drugą stronę, gdzie leży Komotini – nasz cel trzeciego dnia jazdy. I choć ruch powoli słabnie, to szału nie ma. Drogowskazy informują, że coraz bliżej do Ksanti, i choć w planach był wjazd do miasta i nawet jakiś wczesny obiad, to decydujemy się zmienić trasę. Narada na poboczu, szybkie wyklikanie śladu i jedziemy w stronę tej części Parku, która jest bardziej skomunikowana a zarazem wygląda na mapach i zdjęciach na być może atrakcyjną. Mowa o fragmencie mierzei, oddzielających jezioro Vistonida od zatoki Vistonias. Będzie więc okazja zobaczyć Park Narodowy, zawsze to ciekawiej, niż podziwianie mijających nas ciężarówek.
Eeee.. no więc nie. Nie będzie ciekawiej. Być może w innym terminie na jeziorze Vistonida jest więcej dzikiego ptactwa, a zieleń jest bardziej zielona. I jest po prostu ładniej. Na razie jednak jest więcej… śmieci. Wraca nieodparcie myśl o porównaniu do tunezyjskiego syfu. Brakuje tylko tych second-handów oferujących drugie życie każdemu ludzkiemu wytworowi. Serio, tak brudnego parku narodowego w życiu nie widziałem.
Licząc na jaką kawkę, albo nawet coś więcej.. wjeżdżamy do Porto Lagos, niewielkiej mieściny na końcu świata. Jakieś 4 jachty w porcie, kuter rybacki na skraju, sklep-nie-sklep, zamknięta knajpka i… jeszcze kawiarenka, a raczej miejsce gdzie zamówisz kawę, a przy okazji stracisz trochę kasy u buka. No dobra, ale kawa dobra, ekipa miejscowych w barze przy piwku… (ciekawe skąd mają, bo kupić nie można) ignoruje nas wybornie. Spoko. Robimy fotę przy pobliskim muralu, bo ładny, a na dodatek cisza taka, nic się nie dzieje, że brakuje tylko takich klasycznie horrorowych tumbleweeds pchanych przez wiatr po pustej ulicy.
Ustawiamy rower. Cyk fota.
Dobra, to teraz my zbiorowo przed rowerami. Ustawiam aparat na statywie, wciskam samowyzwalacz dołączam do chłopaków i… zza zakrętu wyjeżdża auto.
Gdybym to próbował zrobić celowo – pewnie udałoby się za setnym razem. Powtarzamy fotę rozbawieni na maxa.
Dojazd do Komotini jest zbliżony do tego, co mieliśmy wcześniej, jedyna różnica, to zamiast patrzeć na morze – patrzymy na góry. Te góry, w które jutro wjedziemy. Chmurzą się i są takie jakby groźne. Rodopy. W końcu uda mi się w nie wjechać, wielokrotnie się do tych wyjazdów przymierzałem, a wyszło tak niejako przy okazji. No, zobaczymy, jak będzie. Póki co Komotini. Apartament przyzwoity, steki w knajpce w centrum też zacne. Robimy zakupy na śniadanie, bo jutro już płasko nie będzie…
A jechaliśmy mniej więcej tak. Z Nea Vrasna do Kavali, drugiego dnia.
A trzeciego dnia, z Kavali do Komotini, po modyfikacji omijającej Xanthi z wjazdem do Parku Narodowego Delty Nestos… tak: