
Bałkany (2026)
Mamy w tej naszej KBRowej ekipie taką małą tradycję (bo trzy razy z rzędu to już tak jakby pewien obserwowalny ciąg, prawda?), że na przełomie zimy i wiosny lecimy gdzieś poszwędać się bikepackingowo. Na pierwszy strzał poszło dwa lata temu Maroko i co tu dużo gadać – wyprawa podniosła poprzeczkę na maksa. Rok póżniej, czyli w 2025 poszliśmy za ciosem w tę Afrykę (demokratycznie przegłosowaliśmy – tzn. ja przegrałem – że drugi raz do Maroka nie, że musi być inny kraj) i padło na Tunezję. Plan sam w sobie wydawał się być ciekawy, no ale to, co najfajniejsze z niego okazało się być nie w Tunezji, która mnie osobiście paskudnie rozczarowała, tylko na Sycylii. Chłopaki co prawda chyba nie byli tak zniesmaczeni, jak ja, ale… ja tam po prostu lubię prawie wszystko w Italii. No dobra, historię znacie, bo gdzieś w tym dziale jest opis tamtego tripu, więc była Tunezja i tak dochodzimy do tegorocznej wycieczki.
Te nasze głosowania nad wyborem miejsca zwykle opieraliśmy na trzech założeniach: że to powinien być „nowy” kraj, że to powinien być kraj dostępny w okolicach lutego / marca i że fajnie byłoby, gdyby przynajmniej nie było zimno. I w połowie grudnia taki kraj uradziliśmy. Jordanię. Okazało się, że loty do Ammanu z Poznania są bardzo sensowne, że da się zaliczyć pustynię, Petrę może, może Morze… no zapowiadało się łaaaał. Kupiliśmy bilety, tym razem już bez wtopy z walizkami (kto czytał o Tunezji, ten wie o co kaman)… i tylko – pamiętam jak dziś – chyba ze 4 dni po decyzji i zakupie biletów Misza, jak to zwykle on, pełen entuzjazmu napisał na grupie, że Trump wysyła grupę lotniskowcową na Morze Śródziemne…
Co się stało potem – wszyscy wiemy. Czekaliśmy na odwołanie lotów Ryanaira prawie do ostatniej chwili, ale wtedy już mieliśmy plan opracowany. Znowu zostałem przegłosowany, moja Langwedocja nie zyskała poklasku, Hiszpanii z Gibraltarem odmówiłem rozplanowania (na zasadzie focha), więc koniec końców… plan zrodził się w Sierakowie, podczas objazdu tras Pyry i padło na Grecję. A żeby było ciekawiej… Grecję, Bułgarię i Macedonię (i znowu Grecję na powrocie). Była w planach jeszcze Turcja, ale na szczęście zabrakło nam jednego dnia jazdy, by zaliczyć jeszcze ten kraj w ramach jednego tripu. No, ale i tak wyszło zacnie. Dobra, to kolejna fotka na zachętę.
A kolejne dni wyprawy + fotki znajdziecie poniżej:
- Dzień 1 (Grecja)
- Dzień 2 i 3 (dalej Grecja)
- Dzień 4 (Grecja i już Bułgaria)
- Dzień 5 (Rodopy, czyli Bułgaria na pełnej… mocy)
- Dzień 6 i 7 (dalej w Rodopy… i w deszcz)
- Dzień 8… czyli Macedonia Północna
- Dzień 9 i 10, czyli powrót do Grecji