Tunezja, dzień 7
El-Fahn -> Kairouan, 96 km, 450 up.
Poranne śniadanie i toaleta w zimnej wodzie skutecznie zachęcają nas do opuszczenia przytulnego domku z basenem. Wychodzimy szpejować rowery i wtedy wyjaśnia się brak wody. Ktoś – po krótkiej, acz dość burzliwej dyskusji ustalamy, kto jest winnym całej sytuacji – zapomniał wczoraj zakręcić wodę, gdy skończył myć rower… Tak, dobrze myślicie. Nawet spokojny zwykle Misza wku…ył się i to bardzo.
Zatem… szykujemy rowery i w trasę. Dziś czeka nas stówka do Kairouan, Teoretycznie łatwa trasa, gdyby nie jedno „ale”. Otóż prognozy zapowiadają sie bardzo niekorzystne. Wszystko wskazuje na to, że to będzie deszczowa stówka. Na razie jednak jeszcze się łudzimy: do El-Fahns zjeżdżamy bez przeciwdeszczowych strojów. Za miasteczkiem Misza sprawdza stan swojej naprawionej korby… jest nieźle, więc możemy, jak to zwykle bywa zacząć dzień od podjazdu. Nie pada, więc DAWAĆ NAM TĘ GÓRKĘ!
Dobre nastroje kończą się szybko. Wraz z pierwszymi kroplami deszczu, które skapują na nas na razie delikatnie, ale nic nie wskazuje na to, by miały przestać. Liczyliśmy, że może choć podjazd (pierwsze 20 km do Draa Ben Jouder) da się zrobić na sucho, ale bogowie rowerów uznali, że nie tym razem. Zakładamy na siebie wszystko, co mamy przeciwdeszczowego, choć niewiele pomoże na zlewę, która wyłania się zza przełęczy. Ano, dokładnie… to nie deszcz nas dogonił, to my wjeżdżamy w deszcz.
No i to właściwie wszystko, co można napisać o trasie tego dnia. Leje. Spod mijających nas aut lecą fontanny wody. Leje. Po kilometrze jazdy w tych warunkach nie mamy na sobie nic suchego i w pewnym momencie serio zaczynamy rozważać, czy nie znaleźć jakiejś podwózki autem…
Ekipa rozpada się na zespół dwóch prędkości: Damian i Misza odjeżdżają na podjeździe i nie czekają na szczycie wzniesienia, bo nie bardzo jest sens, skoro po prostu leje. Kris i Darek cierpliwie podążają ich tropem i gdy wreszcie zespół nr 1 melduje się z Kairouan… zespół nr 2 jest na rogatkach miasta i … zalicza myjnię bo rowery, no cóż… niespecjalnie nadają się do wstawienia do jakiegokolwiek pomieszczenia.
Mizeroty dnia dopełnia całkowity brak – a miasto jest całkiem spore – czynnej knajpki, gdzie moglibyśmy zjeść cokolwiek ciepłego. Idziemy spać posileni suchą bułą i sokiem pomarańczowym… Marny to był dzień, ale dzięki temu i czytania mało ¯\_(ツ)_/¯
A jechaliśmy tego dnia tak: